|
|
|
Witamy w serwisie poetycki.net
Znajdziecie tu wiersze, poematy i liryki zarówno autorów, którzy na stałe zapisali się złotymi zgłoskami w historii polskiej literatury, jak również próbkę twórczości autorów mało znanych, często dopiero rozpoczynających swoją podróż do wnętrza duszy.
Mamy nadzieję, że wiersze zaprezentowane tutaj staną się dla każdego z nas pewną odskocznią od rzeczywistości.
Widma
I
Czy znasz ten kraj pod soplami sczernia?ych gor?cych gromnic
skrzypi?cy dawniej ýywic? - dzisiaj b?onami skrzyde?
nietoperzy ogromnych.
Czy znasz ten kraj,
gdzie úcieýkami westchnie?
p?yn? nieýywe
kwiaty zw?glone i koúci zwierz?t ??kowych i leúnych.
Gdzie p?aski wypasa? krajobraz
stulone uúmiechy wiosek
i kwit?y d?ugo przy ustach ??ki ?agodne jak flety ?
schodz? do jezior z siarki
i w?gla lasy brzozowe.
Stan??y w martwym powietrzu g?osy psalmistów letnich
kiedy czerwony tulipan ze strzechy wyrós? drzemi?cej
i roni? p?atki gor?ce.
Miasta pogi?te jak muszle na czarnoziemnych wybrzeýach,
w których si? echo strz?piaste wylewa pod strumie? wiatru -
oto latarnie uliczne w úlimaki skr?cone leý?
i wieýe ciek? ku ziemi w ceglasty zimny stalaktyt.
Marszczy si? skóra globu, lasami zapada i p?ka,
w szczelinach grzmoty podziemne niebo kalecz? niskie,
ziewaj? krwiste zachody przy ziemi rozwartym pyskiem
i czarne s?o?ce zmala?o do kszta?tu serca cz?owieka.
Ryby na rzekach z fioletu wyp?ywaj? brzuchami do góry,
jawi? si? niebem obcym geometryczne stygmaty,
a to zapowied? z?owieszcza,
bo u serca dzwonów wisz? juý nietoperze
i znaki z morowego powietrza
jak ob?oki w?druj? nad úwiatem.
Ptaki nie znane nikomu po d?ugich roúlinach úwistu
spadaj? w d?onie ?un jak w sieci listków.
Jab?ko ziemi b??dz?ce w zdwojonych mocnych obrotach
o obr?cz blasku ociera sypk? sosnow? sierú?.
Rwie si? niebieski bulgot
i pustk? z?? ustokrotnia,
pustk? o wn?trzu p?omienia.
W p?omieniu wkl?s?ym i szklanym mówi? - úmier?.
Przymkni?te oczy poýarów, spod których ?zy jak katedry ?
?zy wyúcie?ane wrzosami mi?kkie i dziwnie ciche ?
a s? to farby ýa?obne roz?oýone w skrzyd?ach motyli,
a s? to d?wi?ki bolesnej muzyki.
Pada úmiertelny deszcz z gromnic wysokich,
bezpa?skie zwierz?ta strasz? mi?dzy noc? a dniem ,
úlepn? ?renice ludzi pod ci?ciem puchowej lotki
ptaków niebieskich przemienionych w z?e.
A domy ?ami? si? lekko, domy, w których zamieszka? cz?owiek
naszeptuj?cy do kopców cmentarnych u granic.
Ludzie o twarzach z wosku i oczach ?agodnej ?ani
czekaj? na ga??zk? oliwn?, a moýe
na ga??zk? zwyk?ego úpiewu.
Sk??biona puchnie dar?,
skwiercz? rozwiane knoty gromnic,
noce wtulone w skrzyd?a nietoperzy ogromnych
ko?ysz? kraj.
Ten kraj.
II. PIEÚ? MIMOWOLNA
W?aúnie mnie ciemnoú? wyda?a nogom, u których po pi??
palców w?sz?cych boleúnie. Jednym podst?pnym uk?uciem
usta rozdar?a i mózg mój w bia?e zmieni?a skiby,
w których si? noc przewala z?bata, úciúni?ta jak pi?ú?.
A zanim go??b mnie odbieg? i ga??? wydarli mi ludzie
z d?oni szerokiej jak taca, abym pozosta? szcz?úliwy
wúród nich -
tl?cy na cienkiej ?odydze jak lilipuci instrument
urzek? mnie ptasi skrzyp.
Nigdy nie by?o ?askawiej. M?ci?em spokój rzeczy
cia?em czystym jak kreda, g?ow? d?wiga?em jak koúció?,
odlot drzew ýegna?em co dzie? nadrzeczny,
liczy?em wypluski ryb
na piasku ci?ýkim od oúci.
Dzwony ch?odzi?y mi szyj? weselne albo ýa?obne,
a od tego dzwonienia las z wosku na o?tarzach
w lusterku trzymanych przez úwi?tych nad g?ow?
moýe dla mnie powtarza?,
moýe dla cienia mego, który by?
w fa?dach mej skóry bia?ej,
ýe powalony w w?asnych krzakach ýy?
zrzuc? swe cia?o.
Cóý, potem niebo mi obce
b?yskaj?c kraw?dzi? gromu
zesz?o po listku, na którym haft ?
I wzywa?em donoúnym g?osem,
obok szatan o rogach z?oconych:
Ach, zatrzymaj mi, ach, zatrzymaj bieg niebieskich lat!
Przyp?yw ksi?ýyca prowadzi?.
Wci?ý na wieýach ludzie w wieczór
ýa?osnymi j?zykami odczytywali gwiazdy, a gniew
pali? im w?osy w nie?adzie,
bo powietrze gor?ce od przeczu?
tuli?o si? ma?e do pi?t.
Sen mój by? ýó?ty i straszy?
twarz? jak Tatar:
Przysz?y
wielkie ob?oki schylone nad ziemi? p?dz?c? jak úwiat?o,
jak chrust p?on??o ýelazo i beton bojowych maszyn,
mosty skaka?y jak owce przez niebo wtopione w Wis??,
wyd??y kamienne dziewczyny usta spragnione pokarmu
i w dzbany parków jak mleko wlewa? si? ogie? i marmur.
Na próýno cz?owiek z ?bem s?pa r?k? zakwita? jak laurem;
schodzi?by w ziemi? latarnie wci?ý parskaj?ce, za nimi
wróble z ponurym wyciem, go??bie z p?aczem wprost ludzkim
i by?o bia?o od planet i mro?no niczym od zimy.
Z gromnicy wysokiej jak sosna wyszed? z p?tlic? na krtani
Traugutt i warg? porusza?, gestem t?umaczy? chcia?;
?ama? si? werbel pod krokiem, a on pe?en cichego kochania
wzrokiem pyta?: Czy znasz tej kraj...
Nag?y jaszczur w smolistej ?usce
wypad? z nory pod M?k? Pa?sk?
i zanuci? dzieci?ciu jak listek
- a tym dzieckiem pewnie by?em ja ?
o jeziorze, gdzie k?pa? si? w blasku,
pe?nym siarki, fioletu i darni ?
A wci?ý noce wtulone w ogromne
Skrzyd?a ?
ko?ysa?y kraj.
Ten kraj.
Dalej... sen mnie z nóg zrzuci?...
Wraca?em, gdzie dym jak pies leýa?
przed kaýdym wschodem ksi?ýyca.
- O mieúcie mówili, ýe wielkie, o wieýy, ýe jest pot?ýna
Tam patrz?c na lot jej zazdroúnie
znowu zacz??em swój g?os
wysila? niby ci?ciw? - obok z?ocony szatan:
Ach, jeúli nie latom niebieskim - to pozwól mojej m?odoúci,
aby przez cia?o przebrn??a i tward? z?bat? noc!
Wiecznoú? siedz?ca za nami ziewa?a szcz?k? czerwon?,
ma?y anio? po sznurze schodzi? ku mojej pomocy,
po pi?? palców u stopy ci?gle boleúnie w?sz?cych
spocz??o wreszcie. By? dzie?,
w którym przy mi?sie ofiarnym Kain ugodzi? brata,
wi?c kipia? we?nisty step
w gwiazdach lec?cych na pó?noc.
Wtedy ostroýnie mi zdj?to g?ow?, przykryto ca?unem
i ga??? wyros?a w mej r?ce, a z ni? boskoúci mej zapach.
III. PIEÚ? OSTATECZNA
Strzaska?eú kroplami g?uchymi jak m?ot
kuty w powietrzu sarkofag,
gdziem leýa? w kwietnym puchu
czekaj?cy na now? noc,
kiedy twe r?ce spoczn? na chlebie i koszach.
Wielekro? gwiazdy stawa?y nad ciemn? równin?,
mowa spl?tanych kopyt dudni?a w ?ozach i wierzbach,
gdy úpi?ca rzesza nad wod? wo?a?a: g?ód!
Szala?y krowy zdzicza?e o ciemnoú? druzgoc?c szyje,
wychodzi? z lasu pasiasty tygrys do ognisk i spr?ýa?
mi?únie do skoku. Ch?ód
budzi? leý?cych - r?ce
wznosili po trzykro? i oczy,
wo?ali: przyb?d?! i traw? sypali ýa?obnie w?osy
i budowali z kamienia o?tarze polne napr?dce.
Nie by?o kresu tym czasom. Tyú spa?
g?ow? rzuciwszy na wios?o, gdy zacz?? buntowa? si? p?omie?,
woda i blade powietrze. Lata?y cia?a ýyj?cych,
koúci ich cienkie i ýó?te, raczej podobne s?omie.
Zatapia? dzi?s?a zsinia?e w pierú córki úmiej?cy si? ojciec
i kap?an kryjomo z kielicha krew Tw? do ust suchych la?.
Juý woda spija?a ziemi?, juý wod? poch?ania? ogie?
i ogie? gin?? w powietrzu -ja ci?gle leýa?em jak martwy,
czuj?c na zimnych policzkach dotyk ýywio?ów trzech.
W?ý poparzony si? przywlók?, cia?em bezsilnym mi nogi
okr?ci?...
Ufa?em - oto zbudujesz mi ark?
i we?miesz na ni? zwierz?ta, tylko zostawisz mój grzech.
Potem mi ziarno przez ptaka
przeúlesz - i w?oý? w doniczk? ?
Siedem ogromnych nocy i siedem ogromnych dni
b?dzie kie?kowa?, aý wreszcie z nowego wyczytam zodiaku,
ýe wolna ziemia mnie czeka, spokojne ýywio?y wszystkie.
Nie by?o tak. Juý sam jeden
leýa?em i czu?em me oczy
topi?ce si? g??biej i g??biej w twarzy zlepionej z wosku;
dogasa? ogie? na studniach, woda walczy?a z lewej,
a z prawej kapa? bezd?wi?cznie w ?uk przechylony niebosk?on.
Próýnia zd?awi?a juý dawno w?ýa u moich nóg.
Twardnia?y w kamie? korzenie mchów, tataraków i lilii,
w uszach mych p?d pos?pny warcza?,
?agodnie spada?a ziemia, ksi?ýyc si? w tyle przechyli?
i s?o?ca lecia?a tarcza
czarna na pó?.
Jeszcze wierzy?em: wyúlesz ?uk
t?czy, gdy zbudzi? si? zdo?asz ?
lecz Tyú spa? - a u wios?a niespokojny t?um
Twoich anio?ów.
Wi?c nadziej? ýegnaj?c z warg zwali?em szeptem,
który ogromnym wo?aniem si? rozleg? i depta?
gwiazdy b??dnie wisz?ce
nad kolumnad? kosmicznych bram:
Nie z?ama?eú mej mocy ?
Jestem sam!
IV. SEN DRUGI
Biskup w ornacie tajemniczych szelestów pe?nym
g?oúno úpiewa? litanie i úwieci? aksamitnym obuwiem,
sz?y za nim ulubione dwie hieny
i úwiec?ce jak talerze dwa ýó?wie.
Ch?opcy biegli za orszakiem tym,
jak za cyga?skim wozem,
chcieli ujrze? pierúcie? biskupi, gdzie p?yn
cudowny - bo z krwi - bulgota?,
ale juý kobiet pisk zmys?owy
odrzuci? ich na stron?:
to Dionizos rwa? grona na p?otach.
Na rogatkach - tam fryzjer i rze?nik
mówili o czasach zjawiaj?cych si? im we únie:
z?e by?y - a przeýyje, kto wierzy,
kto nie wierzy - nie wypije i nie zje.
A wierzy?a staruszka, której juý wiele kanarków
w klatce zmar?o. Ostatni mia? ci?ýkie konanie,
modli?a si? nawet za t? dusz? ma??,
ale najcz?úciej sk?ada?a r?ce
mi?kkie jak w?óczka i prosi?a: Panie,
niech wnuk mój zostanie ksi?dzem.
I zosta?. Panny w tiulach nad nim
nios?y baldachim jak pierzyna pyszny,
aý z zazdroúci? patrza?a nie?adn?
m?oda ýona z ulicy najbliýszej.
Wiele prawdy zna? fryzjer i rze?nik.
Do studenta alchemii, gdzie dzwonek
by? nad drzwiami rze?biony jak szyszka
przychodzi?y Erynie tlenione,
by na czole mu gorzko napisa?:
Masz pami?ta?, bo taki jest rozkaz
- w snach go czyta? i fryzjer, i rze?nik ?
ten przeýyje na ziemi - kto wierzy,
kto nie wierzy - nie wypije i nie zje.
Pluska?y karuzele, ?odzie na d?ugich linach
m?ci?y úmiech - lecz w tym úmiechu
szatan umywa? r?ce, jeszcze wod? po nich przeklina?
i ýa?oúnie p?aka? jak dziecko.
Pozna? go biskup srogi i powiek? obwis?? skin??,
pe?en chrz?stu srebra i haftu przystan?? przed nim jak wizj?,
wzrok do nieba podniós?: Ukrzyýuj!
Wielkim g?osem potrz?sa? jak grzyw?.
Wyp?dzony wi?c z miasta jak z raju
wzi?? mnie mocno za przegub d?oni
i na gór? wysok? zaniós?.
Kiedy mi z gliny lepi? chleb
i daremnie skr?ca? bicze z piasku,
jak najsmutniej mi w oczy popatrzy?
i palcami jak dzwonki u sa?
wskaza? nisko i spyta?: ch?opaczku,
czy znasz ten kraj?
Ten kraj?
- Tam stodo?y chude, noc? wozu skrzyp
i Chrystusik kulawy przy szybie,
a za szyb? juý gromnice trzy
i milczenie ýyzne.
Tam wilgotny i p?ytki na d?o?
dó? dla cia?a rozgrzanego po?udniem,
s?o?ce nawet w?t?e jak k?os
i chleb trudny,
Jeszcze gorzej b?dzie, gdy ýebra
stodó? wyschn?, wyparuj? studnie,
przyjdzie mór - przyjd? ludzie w z?ych he?mach...
A tu spójrz: chociaý góra bezludna
s? fontanny i zamki na lodzie,
kwiatów zagon, owoce kuliste
i jak tam - karuzele i ?odzie
i jak tam - sza?, zabawa i gwizdy.
Ýe nieludzkie, to nic - tamci kiedyú przestan?
i niejeden si? skusi... b?dzie ra?niej ci wówczas,
patrz - Erynia, ma córka jak muzyka co rano
zbudzi lokiem graj?cym, uca?uje ci? w usta.
B?dziesz synem mym. Staroú?
ci?ýka dla mnie. Z?y biskup,
który ýó?wie i hieny jak psy wodzi z orszakiem
kaza? odejú? mi z miasta, gdzie ukryty si? b?yska
grom i wkrótce przeleci po ýyj?cych i martwych.
Jakýe rozeznasz wtedy mg?y mi?dzy noc? a dniem?
Tu tylko b?dzie wiadome - komu pozosta? dane;
niemowl?ta zrodzone pot?ucze popió? z marmuru i kamie?,
ciebie? - Ciebie poýegna, rozniesie jak pian?
przelot ptaków niebieskich przemienionych w z?e.
V. HYMN DO ÚWIAT?A
Gotowe s? mury miasta. Czekaj? ciemne katedry,
domy rozpusty i place, na których b??dni prorocy
úcieýki prostuj? twoje.
Tramwaj juý w?szy w ulicy, kina szalej? pr?dzej
i rzemyk rozplata wodzowi bohater wúród krzyków mi?osnych.
Z tr?b zach?annie szerokich wydmuchuj? orkiestry
noc g??bok? i lamp spokojnych t?o.
Gotowe s? mury Jerycha. Na miasto ubogie w przestrze?,
nim si? powietrze rozszerzy w wiecznoú? nadmiern? - zst?p.
Zst?p na miasto ubogie w ogrody,
nim padnie wapno z kwiatów i nieúwiadomych budynków,
nim szelest snu nie zasypie wo?ania cz?owieka
o dni
powietrza,0gnia i g?odu.
Oto s?ysz? niepokój pomników:
Kopernik wpatrzony w gwiazd? twarz zakry? cieniem
koúcio?a,
z nocy wychodz? kolumny zbrojne. Ich marsz
chwieje drzewami úlepymi
i úpiew d?ugi idzie za nimi:
Hej, dziewczyno ma, czy znasz ten kraj?
Gotowe s? mury miasta. Ulepi?em juý trudny mój sen
w pustej nocy czekaj?cy na szmer
promienia od gwiazdy s?onecznej.
I zanurzony po usta w niej
s?ysz? w krwi mej szydercz? wiecznoú?.
Zst?p na g?owy blu?ni?ce, zanim
grom po trumnach nie przelecia? jak wóz
i niezdarnemu na zimnym pos?aniu
wo?a? daj:
- Oto biskup monstrancj? úwieci,
szatan z miasta ucieka, a za nim
idzie ?una nad ciemny kraj.
Wi?c jesteú!
VI. TREN NA ÚMIER? SIOSTRY
Jest nade mn? migotanie witraýy.
Dymi? ksi?ýki d?oniom leniwym,
kolorowe, soczyste pejzaýe
wyciekaj? jak senna oliwa.
Wyýej cie? mój godzin? wydzwania.
Úciana p?ynie prosta jak struna ?
b?dzie pieú? moýe gorzka i trudna,
ale pe?na smutnego kochania:
Gdzieú, woskowa panienko,
gdzieú mi si? podzia?a?
Ach, niedobre, niedobre ýelazo
Odebra?o ruchliwoú? twym r?kom
i j?zyczek jak listek porwa?o.
I kosteczki o szpiku mi?kkim
wy?ama?o bez trudu jak s?omk?;
a nie pójdzie z powag? i wdzi?kiem
konik z tob? ubrany w ýa?ob?.
Nie opadn? na deski z hukiem
Krople úwi?te, wonne i lekkie
i nie przyjmie pos?anie smutne
w ciep?? traw? - nieúmia?ej trumienki.
Cacy, cacy, siostrzyczko snów ?
w úrodku miasta na skwerze pustym
zimny, p?ytki na d?o?-ci dó?
dadz? - oczom otwartym i ustom.
Ileý s?o?c si? przetoczy nad tob?,
ileý rzek si? wyleje naraz,
zanim cisza przystanie jak ob?ok
nad ulic? úwi?tego ?azarza.
A mówili: przeýyje, kto wierzy,
kto nie wierzy, nie wypije i nie zje.
Úpi? zuchwali na szcz?tkach or?ýa,
mi?dzy nimi i fryzjer, i rze?nik.
Niechaj martwi ufaj? ýywym:
kto nie wierzy - wszak takýe utonie,
Ojca twojego powioz? na Sybir,
matk? zgwa?ci - siostrzyczko - z?y ýo?nierz.
Nie pocieszy? twych rz?s, pod którymi
teraz piasku dusznego nadmiar,
a úpiewa?aú: wielb??dy w pustyni
po dwa serca nosz? w swych garbach.
Jak powiedzie? ci pe?niej i smutniej
o nizinie, gdzie p?omie? sta? ?
Po twych deskach uderza jak w lutni?
ziemia noc? ogromna i pyta:
czy znasz ten kraj?
Zna go szatan i szepta? z tajemnic...
g?os mu drýa? delikatny jak pióro.
O siostrzyczko mych snów
po co wi?cej ci wiedzie? ?
Ty wybra?aú dolin?, a mnie kaý? gór? znów.
VII. ZWIASTOWANIE, CZYLI SEN PROROCZY
Kogut grzebieniem z korali
nad m? twarz? d?ug? chwil? potrz?sa?,
potem rzek?: jestem tutaj przys?any,
by ci? zbudzi? i zabra? w niebiosa.
Potem dziobem ga??? prze?ama?,
boskoú? moj? skrzyd?em rozwia? rozleg?ym
i nape?ni? kosmiczne bramy
pianiem wielkim i pi?knym,
Obok nas,
tam gdzie plaski wypasa? krajobraz
stulone uúmiechy wiosek ?
schodzi?y ku drogom modre
krowy, ciel?ta i owce
Úliwy, jab?onie i grusze
bi?y w sadach o ziemi? mocno
i melodie przystawa?y pastusze
mi?dzy zmierzchem razowym a noc?.
Po kraw?dzi wysokiej szed?
ceglasty poci?g o ko?ach wysokich,
úlizga? si? most, toczy? si? szept
i jak ?okcie lata?y t?oki.
Wtedy szeptem prosi?em: zostaw
na to granie, na t? spokojnoú?...
Zst?pi? szatan niedos?yszalnie, bo boso,
i do l?ku mojego podszed?,
dotkn?? skroni i wyrzek?: ch?opcze,
jeszcze b?dzie dana ci wolnoú?.
*
W?aúnie mnie ciemnoú? wyda?a nogom, u których po pi??
palców w?sz?cych boleúnie. Zacz??em skarýy? si? j?zykiem,
gdy mózg mój nape?ni? jak mied?
szelest nag?y: to matka - w sukni hucz?cej na kl?cznik
spad?a jak ?ma.
D?onie rozwia?a jak szarfy, a uúmiech blady by?,
gdy d?wi?kiem tr?ca?a powietrze rozko?ysane jej zejúciem:
Synu mój - uwierz w sny ?
wielk? prawd? zna? fryzjer i rze?nik:
Ten przeýyje na ziemi, kto wierzy,
i kto d?oniom w?asnym zaufa,
kto nie wierzy, nie wypije i nie zje,
a zap?aci mu pustka i cisza.
Kochaj p?omie?, który niweczy
i tw? ziemi? przepala jak k?adk?,
tak si? zrodzi? pochmurny i m?ski
bohater.
Kochaj pocisk z niedobrego kruszcu,
gdy nad w?osem ci leci prosty:
niejednego on przecieý nauczy?
mi?oúci.
I cz?owieka, w którego godzisz
mruý?c oko pod blask broni siny,
on nauczy? boleúnie tw? m?odoú?
ojczyzny.
Synu mój, uwierz w sny: po raz wtóry zapieje kogut,
a nad miastem prosz?cym o úwiat?o koral ?uny zeúle wam Ten
Który w d?oniach i wod?, i ogie?
sprawiedliwie waýy na dzie?...
ale wi?cej mówi? nie mog?.
VIII. PIEÚ? WIOSENNA
Kora obrasta pnie. D?wiga si? k?os i powój,
ptaki prowadz? swe ma?e, kret wychodzi na úwiat?o,
muzyka chmur nad domem
wisi w gronach soczyúcie i ?atwo.
Juý ogrodnik zgi?? si? jak most,
ko? paruje licz?cy skiby,
p?ka ga??? i leje si? sok
nad ýywym i nieýywym.
Deszcz wywodzi roúlinne kszta?ty
z szeptu ziaren i owadów chrz?stu,
i na wietrze faluje las.
Z wody úcieka znuýony statek,
jest jak r?ka pe?na szelestu
po?oýona úlepo na czas.
Id? dymy z kominów. W nich
drýy nieúmia?e powietrze niebieskie:
grom zaszczeka? wysoko nad rzek?,
b?yskawice obnaýy?y k?y
nad pobitym i nad zwyci?skim.
Trawa przewierca kamie?, asfalt si? marszczy na palcach,
korze? roúlinny unosi p?yt? uliczn? i desk?,
krzak kartofla zakwita na ulicy úwi?tego ?azarza ?
úpij, w?t?a, úpij, m?ski.
Zwalone s? mury Jerycha. Pogi?ta bro?
jak szk?o przeb?yska w ruinach. Z?omek ksi?ýyca w oknie,
po twarzy cie? nietoperzy.
Gdzie pójdziesz - ciemnoú? ci? dotknie,
daremnie wo?asz znów: zst?p!
Lepiej m?ýnemu: úpij, m?ýny.
Podziemna fala teý pluszcze.
Krzyý si? bezradnie poruszy?
i r?ka wynurza si? bia?a, palce wskazuj? na s?d;
a pod noc? zwierz?c? i ludzk?
úwiec? czaszki toczone jak lustra ?
koú? cz?owiecza opada na dno.
IX. NAWRÓT W?TKU
Szatan muzyczny piszczel
palcami przy ustach rozdzwoni? ,
ko?ysa?y si? ýebra jak liúcie,
chwia? si? z?b wy?amany i gole?.
Robak drobnymi w?sami porusza?
i po czaszce w?drowa? jak globie,
uúmiecha?y si? oczy i usta
mej siostrzyczki w trumience ob?ej.
Jeszcze raz, tylko raz
hejna? bajk? zanuci ?
kaýda koú? b?dzie gra?, kaýda trawa i korze?: ...
jecha? pi?kny przez sosnowe morze
w nik?ej ?ódce
pod blask.
Wi?c i inne okr?ty - wszystkie z listków i jagód.
Cicho ptaki ze smutku p?aka?y,
bo na zawsze, bo nie wróc?, gdy odjad?
pod ýaglami z koniczyny i malin.
Nuci? pi?kny, a usta mia? modre:
kajet rzu?, za mn? chod?,
to karoc? ci zbuduj? i otul? w chor?giew
i dam welon czarny jak noc...
Dudni? flet i organy w kaplicy
wyci?ga?y ramiona jak anio?;
jeszcze raz zagra koú? - szatan w miasto powróci ?
szepn?? zwiastun i we únie przystan??.
Z dymu b?dzie dom twój i sen,
a z p?omienia wiecznoú? zupe?na
i opowieú? inna - lecz wiedz,
ýe muzyka w niej nag?a gra...
Nie anielskie to pienia.
Tak opowieú? ta si? zaczyna:
Czy znasz ten kraj...
X
Ryby na rzekach z fioletu wyp?ywaj? brzuchami do góry,
ostatni kanarek staruszki wyda? úmiertelne westchnienie,
ýó?to by?o od úpiewu jego,
teraz leýy - sztywne ma pióra ?
wi?c si? módlmy: wybaw od z?ego.
Marszczy si? skóra globu, lasami zapada i p?ka,
p?acze serdecznie kamie?,
gwiazda si? traci na wietrze:
czarne s?o?ce zmala?o do kszta?tu serca cz?owieka
wi?c si? módlmy: daj zmi?owanie,
oddal zapowied? z?owieszcz?.
Stan??y w martwym powietrzu g?osy psalmistów letnich,
biskup w ýa?obnej kapie
kropid?em widma gasi;
skrzypi? haki szubienic,
zaraz salwa w cia?o zapadnie ?
wi?c si? módlmy: zeúlij nam ?ask?.
Przymkni?te s? oczy poýarów,
lasy s? drý?ce jak rz?sy,
krew juý straszy na drogach, ýadne stopy jej úladów nie otr? ?
kwiaty zw?glone - i koúci zwierz?t ??kowych i leúnych,
wi?c si? módlmy: od l?ku nadmiaru
i szatana czu?ego nas ochro?.
A domy ?ami? si? lekko
i znaki ci?gn? po niebie:
wci?ý na wieýach ludzie w wieczór
ýa?osnymi j?zykami czytaj? gwiazdy, a gniew
pali im w?osy w nie?adzie,
bo powietrze gor?ce od przeczu?
tuli si? ma?e do pi?t.
Rwie si? niebieski bulgot,
a przecieý w wirze karuzel
szatan juý ogie? dojrza?, ?zy mu z policzków pociek?y ?
a s? to farby ýa?obne, roz?oýone w skrzyd?ach motyli
w czarnych skrzyd?ach albo niebieskich.
Pada úmiertelny deszcz z gromnic wysokich,
idzie ciemn? nizin? úpiewanie,
úlizga si? most, toczy si? szept i zm?czone pracuj? t?oki
po lesie, po wodzie, po ?anie -
Nachyl twarz? si? ku ziemi,
tam us?yszysz, tam odnajdziesz.
Úlepn? ?renice ludzi pod ci?ciem puchowej lotki ?
nie ga??zka oliwna z nieba úci?tego mrozem,
lecz pod?uýny opada jak kropla
spod paznokcia szatana - nietoperz.
Sk??biona puchnie dar?,
wi?c si? módlmy o s?oneczny promyk,
bo wci?ý noce wtulone w ogromne
skrzyd?a ?
odp?ywaj? od r?k cz?owieka,
a za nimi - czy znasz?
Ten kraj.
--
Publikacja pobrana z serwisu www.poema.art.pl
|